Chwalebnie zakończyłam wczoraj swoją edukację na ostatniej uczelni w dotychczasowym życiu.
Zdałam ostatni egzamin, odbyłam ostatnie zajęcia, pożegnałam się ładnie z ludźmi i murami szacownej uczelni.
Przed wyjściem na ostatnie zajęcia dostałam SMSa od K., która właśnie zaczęła pierwszą podyplomówkę: NA MOJE STUDIA PRZYJMUJĄ RÓWNIEŻ LUDZI PRACUJĄCYCH W PORADNI! SĄ JESZCZE WOLNE MIEJSCA!
Padłam i dotychczas nie powstałam.
Nigdy więcej żadnych studiów ;P
(nigdy nie mów nigdy...)
No, ale na pewno nie przez czas jakiś :) Zamierzam teraz zabrać się do pracy ;P O ile takowa będzie (łisz mi lak oraz kciuken halten).
Notka na życzenie.
1. Spadł śnieg (;))) )
2. Druga wypłata z mojej nowej pracy przysponsorowałą mi majowy weekend w mroźnej Jastarni. I już nie stać mnie na kino. No no no.
Tera lepiej?
Z pozdrowieniami dla Rudej :)
PS. podobno po 15.05 ma byc 30 stopni ;P
1) spadł śnieg
2) dostałam pierwszą wypłatę w nowej pracy.
Z zwiazku z punktem nr 2 zamierzam zrobić coś szalonego.
Na przykład: pójść we wtorek do kina. Już mnie na to stać.
On: wiesz co, ja się chyba kiedyś z tobą ożenię :)))
Ja: A CO SIĘ STAŁO?!!
On: a bo tak fajnie z tobą jest... :)))
Ja: acha. Już myślałam, że nareszcie coś ładnie posprzątałam.
Uprzejmie donoszę, iż odkryłam nowy rodzaj śniegu. Taki, który nie topi się na słońcu. Żeby to jeszcze było słońce z ujemną temperaturą. Nie. Dzisiaj uczciwie grzało 10 na plusie, a to biale gówno leży jak leżało. Sąsiednie podwórko, choć bardziej zacienione, białego gówna się już pozbyło. Za to dzisiaj się naocznie przekonałam, że inny rodzaj gówna im pozostał i tu już nie pomoże żadne słońce, tylko wzmożona kontrola strażników miejskich, których w okolicy nie widuję.
Co poza tym.
Poszłam na 6. trening na Vacu Powerze, a panie w recepcji powitały mnie talerzem pączków, twierdząc, że dzisiaj nie tuczą. Skoro tak, to wzięłam pół (prawie dwa tygodnie nie jem już czekolady i powstrzymuję się od słodyczy w pakiecie z karnetem na Vacu Powerze - bieżnia w podciśnieniu, podobno rewelacyjna na cellulit - dostałam w prezencie i postanowiłam iść na całość. Thnx T. :*). Wczoraj na forum wyczytałam, że po 5. zabiegu widać już pierwsze efekty. Kiedy to przeczytałam, zadziałała siła sugestii i u siebie też ujrzałam pierwsze efekty. Dzisiaj zostaną zmiażdżone przez masę pączków, które pochłonęłam i które mam jeszcze zamiar pochłonąć. Potem będę mogła zacząć od nowa, aż do urodzin, w które wypada ostatni z 20 treningów. A potem będzie już wiosna pełną gębą i do pracy będę jeździć rowerkiem^^ (hm, już to widzę... :D)
...tydzień wcześniej niż horoskop przepowiadał.
Obroniłam się dzisiaj na APSie i już więcej do czynienia z tą uczelnią mieć nie chcę.
Za tydzień egzamin na UW, ale to będzie rozrywka w porównaniu z tym, co ja na tym APSie przeżyłam...
Notka się pojawiła, bo zjadłam makaron. Zarabiać jeszcze nie zaczęłam, ale jestem dobrej myśli... :)
Nie oszukujmy się, wieje nudą i beznadzieją.
Nawet fakt nawiedzenia naszego domu przez byłą żonę mojego obecnego partnera (cały czas ten sam, jakby co) nie wstrząsnął mną na tyle, żeby odnotować to na blogu. Wpadłam w stupor oraz finansową DUPĘ. Że niby nie nowina? Owszem, nowina, tak źle jeszcze nie było. Wczoraj w sklepie odnotowałam ze zdziwieniem, że a) 20 zł to DUŻO (ale tylko wtedy, kiedy chce się je wydać, bo kiedy się je ma, to jakoś mało), b) mam fantazje z żywnością w roli głównej: marzy mi się, jak to kiedyś wejdę do sklepu i sobie kupię... to, to i to. I może jeszcze to. A potem zamówię pizzę. A jak się już ucieszę żywnością, to może i do kina pójdę. I książek dokupię, bo już ze 3 miesiące będą, jak nic nowego nie przybyło. Na razie brakuje mi jeszcze prawie połowy raty na drugi semestr UW, że już nie wspomnę o biletach komunikacji miejskiej. Jedna wielka dupa finansowa. Ale od marca mam zacząć zarabiać trochę sensowniej. Wystarczy przeżyć jeszcze kolejne 2 miesiące o suchym pysku. Zaznaczam, że flauta trwa od listopada. Boże, pierwsze co zrobię, kiedy spłacę długi i załatam dziury, to zamówię pizzę. Albo zjem makaron w De Luca w Blue City.
Nieważne, zamykam się na czas jakiś.
Dopóki nie zjem tej pizzy albo makaronu.
Dopóki nie dostanę jakiejś sensowniejszej wypłaty.
To może potrwać, mam nadzieję, że mi bloga nie skasują.
Tekst na fejsie:
Uroczyście przysięgam, że w roku akademickim 2011/2012 robię sobie wolne od studiów.
Magisterskich i podyplomowych. Wszelakich. Chcę sobie przypomnieć, jak to jest "nie studiować".
Zamierzam pracować i zarabiać (he).
Oprócz tego postanowiłam przestać czekać na wiosnę, tylko cieszyć się każdym dniem ;P
Zacznę od lutego.
No, to już przestaje być śmieszne. Jak nie dzwonią, tak nie dzwonią. Albo jestem przekwalifikowana, albo niedoświadczona, albo Kosmos jest przeciw. Mój horoskop twierdzi, że sytuacja utrzyma się do początków września. Ale super. Najlepsze jest, że wszystko zaczęło się w listopadzie - zgodnie z układem planet. Może wrócę do astrologii? Która, jak widać, wielką nauką jest? Idę się podokształcać.
skomentuj (0)
Jest z czym walczyć.
W takiej sytuacji z pewnością dotrwam do końca stycznia.
A od lutego zaczną dzwonić pracodawcy.
Amen.
Bo na razie głucha cisza. Zapewne mają niskie ciśnienie i cierpią na niechcieja, zupełnie jak ja.
ROZPIERDALA MNIE TA POGODA!
Plusowe temperatury, owszem, wskazane, szczególnie dla organizmów ciepłolubnych, do których zalicza się i mój, natomiast NIE W STYCZNIU, na miłość boską! Takie temperatury w najbardziej zimowym z miesięcy (bo środkowym) dają fałszywą nadzieję i każą się cieszyć, że wiosna nadchodzi, a kiedy człowiek uświadamia sobie, że to nie jest połowa marca, ani nawet lutego (ani nawet, powiedzmy sobie szczerze - stycznia. Jeszcze jednak nie połowa!), spada z zielonych (bo wiosennych) chmurek na prozaiczną (nawet nie zamarzniętą po zimowemu, tylko ubłoconą jak na przedwiośniu) ziemię i... brudzi sobie siedzenie. Bo na błocie trudno stłuc tyłek. Obrzydliwość łamane przez okropność. Do końca grudnia jakoś to wszystko jeszcze szło. Każdym dniem się trzeba cieszyć i takie tam pierdy. Ciepłe buty na nogi, czerwone rękawiczki na łapy i hajda do przodu. Ale w grudniu była jeszcze zima i wiedziałam, że mam wytrwać. A teraz to ja nie wiem, co to jest, to coś za oknem. Szare, zimne, a jednak ciepłe, przedwiosenne, a jednak zimowe cholera jasna niewiadomoco. Z czym ja mam teraz walczyć? Chyba tylko z depresją. Ale to trudniejsze niż walka z zimą. Ciepłe buty nie wystarczą.
<update>W ramach walki z depresją wysłałam dzisiaj jedno CV (pierwsze w tym roku!) oraz jedną ofertę współpracy (pierwszą w życiu!). Teraz, przez następny tydzień, będę czatować na telefon i każdy dźwięk dzwonka będzie mnie podrywał na baczność. Ale jakoś to lubię, daje mi nadzieję na lepsze jutro. Gorzej, jeśli nikt nie zadzwoni. Oj... Wyślę jeszcze jedną ofertę, żeby zwiększyć swoje szanse... :)
Moje subiektywne przeczucia na rok 2011 są gorzej niż złe. Było źle, będzie fatalnie. Czuję, że dostanę po dupie jeszcze mocniej niż w tym roku - kasowo nie wyrobię na zakrętach. W marcu mam zakładać działalność, a kiedy się zrobi ciepło, chciałabym znaleźć dla babci dom opieki gdzieś tu w okolicy. Jeśli nie uda się z państwowym, trzeba będzie wystarać się o płatny. Wakacje, z racji specyfiki zawodu, będą wolne i swobodne, tyle że w tym roku trzeba będzie zapłacić za siebie SRUS. Powinnam zarobić na niego w trakcie roku szkolnego. O wakacjach nad morzem w zasadzie mogę zapomnieć.
Ale to dopiero od marca przewiduję rozpoczęcie jazdy bez trzymanki. Na razie rok zaczął się bardzo sympatycznie. Sylwester skrzyknięty w ostatniej chwili w pracy okazał się strzałem w dziesiątkę. Dawno nie byłam na tak fajnej imprezie, gdzie w dodatku usłyszałam sporo komplementów z ust degustatorów moich dań. Oczywiście, T. dzielnie się trzymał, żeby niczego przypadkiem nie pochalić, bo jeszcze mnie zepsuje komplementem i mi się odechce. Moim zdaniem jest zupełnie na odwrót, ale jakoś to do niego nie chce dotrzeć.
Wczoraj był u nas Młody ze swoją Przyjaciółką, z którą "nic go nie łączy i to nie jest jego dziewczyna". Wystąpiłam więc po raz pierwszy w życiu w roli pseudoteściowej i stwierdziłam, że nie chcę innej "synowej" niż to dziewczę, które Młody przyprowadził na obiad. Bardzo przypadła mi do gustu, uznałam, że jest śliczna, inteligentna i utalentowana (studiuje budownictwo, chapeau bas!).
Obecnie, jak widać^^, usiłuję dokończyć pisanie pracy podyplomowej i zakończyć moją przygodę z APSem. Za kilka dni ostatni zjazd i egzamin, o którym prowadząca powiedziała - 7.01. macie państwo kolokwium. Na dziennych egzamin to jakieś 17 stron, ale wy dostaniecie oczywiście trochę mniej.
Mniej?
10 stron?
A może 15? :)))
Oddalam się zatem w celu dokończenia fascynujących wypocin na tematy dyslektyczne, a potem pewnie trochę się pouczę. Nie chcę ryzykować spotkania twarzą w twarz z tą panią w terminie poprawkowym.
Czas leci, leci, zapiernicza coraz szybciej. Trochę oszołomiona jestem prędkością wydarzeń. Dopiero co został mi miesiąc do końca stażu, dopiero co uczestniczyłam w pracowej Wigilli, dopiero co byłam odbębnić święta w domu, a już Sylwester i 2 dni do końca?!
Obiecałam sobie, że w przerwie międzyświątecznej pouczę się do ostatnich egzaminów oraz (hahaha) napiszę pracę dyplomową, ale jak się okazało, planować to ja sobie mogę wakacje na Plutonie, bo i tak nic z tego nie wyjdzie. Dzisiaj czekam na książkę zamówioną w magazynie BUW - czas oczekiewania od -0,5 godz. do 1 godziny - 24 godziny po zamówieniu status wciąż "w przetwarzaniu". A przydałaby mi się do pisania pracy. Jutro jadę odwiedzić moją K., zapomnianą przyjaciółkę (praca, praca, praca :P), w jej nowym mieszkaniu (to jest prawdziwa przyjaźń, bo nie zakłuło mnie serce z zazdrości!), a Sylwestra spędzimy na skrzykniętej w ostatniej chwili domówce. Fajnie :)
Natomiast co do czasu i jego obłędnej prędkości - już nawet nie przeraża mnie fakt, że moi znajomi wkoło zachodzą w ciążę i mają dzieci. Teraz zaczyna mnie przerażać, że niektórzy mają już dzieci nastoletnie. Niedługo te dzieci zaczną zachodzić w ciążę (niektóre przecież są z wpadki, co im szkodzi powtórzyć szaleństwo rodziców) i wtedy poczuję się naprawde staro. I będę wiedziała, że wszystko już za mną. Tylko położyć się i przestać oddychać. Pod koniec roku dopadła mnie depresja, której dawno już w swojej łepetynie nie gościłam, dlatego za bardzo nie wiem, jak z nią postąpić. Na razie ją poobserwuję i nie będę wpadać w panikę.
Wróżko, dzięki za życzenia. Dotarły dokładnie 27.12 :) I JAK ZWYKLE TRAFIŁAŚ W SEDNO. Zapytałam tylko T., skąd Ty wiesz, czego nam trzeba? No, ale jesteś Wróżką w końcu... :*
Już jutro!
Pójdę do biblioteki!
I wypożyczę dużo książek do czytania! Może nawet zaszaleję i pójdę do dwóch bibliotek. I przez najbliższe 5 dni będę czytać tylko odmóżdżacze. Będę się wyluzowywać i zapominać, co mnie jeszcze czeka w ciągu najbliższych paru miesięcy. Trzeba sobie zaaplikować ogromną dawkę znieczulacza, bo jakoś wcale nie widać lepszych czasów na horyzoncie.
Już jutro!
BIBLIOTEKA!
Biblioteki, jak wiemy, to przedsionek raju. Nie byłam w bibliotece chyba od października (nie liczę BUW-u, gdzie chyba w listopadzie tylko wyrobiłam kartę i obiecałam sobie, że wrócę tydzień później... ;D).
Jutro :)
- Poproszę o coś na uspokojenie. Ostatnio żyję w sporym stresie.
- Coś więcej?
- Proszę bardzo. Dwa kierunki studiów, brak wolnych weekendów, babcia z zaburzeniami psychicznymi, 700 zł pensji miesięcznie (i tak od roku). Coś więcej?
Komentarz T.: Medycyna sobie z tym nie poradzi.
Hm. Gdybym jeszcze miała czas wybrać się do lekarza... ;P
Dzisiaj jest nasza DZIESIĄTA rocznica - jednak. Przez tydzień się zastanawialiśmy, która to i czy na pewno dziesiąta, ale sprawdziłam w ubiegłym roku. Dziesiąta, okrągła, nie powtórzy się więcej... I... dzień jak codzień.
Kiepsko się z tym czuję. Smutno jakoś.
A jak będzie za rok? I czy będzie?
Jeśli będzie, to już musi być ten Paryż...
Jestem na miejscu.
Pociąg spóźnił się jedynie o godzinę.
Temperatura w pociągu była bardzo właściwa - czułam się trochę jak w saunie, ale ja lubię gorąco.
Miły pan zapalił mi światło i mogłam się przenieść w krainę Carrolla (Zaślubiny patyków) - przeniosłam się do tego stopnia, że ocknęłam się dopiero w Koluszkach. Mogłabym przysiąc, że ten pociąg nie zatrzymał się ani w Żyrardowie, ani w Skierniewicach, ani nawet na Zachodniej. Dopiero w Koluszkach. Postanowiłam więc czuwać na wypadek, gdyby ten pociąg okazał się jakimś ekspresem czy coś, ale potem zatrzymał się dopiero w Radomsku, omijając Piotrków (mogłam tego nie zauważyć - przebywałam w Crane's View prowadzona za rękę przez Jonathana Carrolla, śledząc tajemnicze losy Mirandy Romanac). Od Radomska postanowiłam więc czuwać, żeby czasem nie przegapić Częstochowy. Mój telefon wyświetlił jednak Częstochowę już jakieś 15 minut wcześniej (w okolicach Rudnik), więc wypatrywałam punktów charakterystycznych, które nocą są zdecydowanie mniej charakterystyczne, ale jakoś dałam radę i wytelepałam się na właściwiej stacji. Dzięki uprzejmemu spóźnieniu mojego pociągu, zdążyłam akurat na pierwszy poranny tramwaj. Następnie przeżyłam akcję ściągania kozaka z zaciętym w połowie suwakiem - w akcji brała udział cała rodzina - ojciec trzymał za but, babcia za moją nogę, a ja usiłowałam nie spaść ze śliskiej szafki, na przemian płacząc ze zmęczenia i śmiejąc się z sytuacji. Kiedy w końcu moja zdrętwiała noga została uwolniona, mogłam się udać spać. Udałam się więc, ale kiedy się już położyłam, następne pół godziny wyjaśniałam babci kim jestem i że nie jestem osobą, za którą mnie wzięła. Spałam 5 godzin. Pewnie dzisiaj będę miała wizje, niczym Miranda w Zaślubinach patyków. Fajnie. Może potem napiszę książkę, jak Carroll. Albo założę nowego bloga. Adres podam później, chociaż już go wymyśliłam. Idę gotować krupnik. Mam teraz dylemat, czy z ziemniakami czy bez. Poproszę o problemy tej wagi już do końca tego roku.
No, doczekałam grudnia.
Dzisiaj jadę w podróż życia - wyruszam o 0:40, temperatura na zewnatrz - (-20) stopni, temperatura wewnątrz pociągu - ?
Planowany przyjazd do Cz-wy - 3:34, rzeczywisty czas przyjazdu - ?
Postanowiłam jechać po północy, może dojadę na rano, bo gdybym jechała o 6:38 jak zamierzałam, mogłabym nie dojechać na południe... Jeszcze czegoś takiego nie przeżyłam :)))